Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

2008-12-17

Mam dość medalika w reklamach!



















Zazwyczaj nie piszę nic o religii w mediach, bo to śliski temat i flame war wisi w powietrzu. Tu jednak postanowiłam dać upust swym emocjom, które od dawna wyrażam w komentarzach do rzeczywistości. Czy to na blogach, czy na blipie.

Chodzi rzecz jasna o Medalik z Matką Boską (chyba tylko istoty na stałe mające filtry z adblocka nie wiedzą o co chodzi), który wdziera się w moją internetową rzeczywistość bardziej niż okładka Playboja czy Machiny. Widać oba czasopisma tracą na popularności skoro muszą uderzać w religijne skojarzenia, by ktokolwiek je kupił. Dziś kobiety są bardziej wyzwolone, to i faceci nie muszą kupować Playboya by gołego cycka zobaczyć. Machina od początku była nudna, kupiłam chyba dwa numery tylko dlatego, że była jakaś dołączona płyta z filmem (reszta nie została zakupiona, pech że przeczytałam nagłówki na okładce). Z gatunku: "wstawiamy reklamy zamiast treści, może idiota czytelnik się nie połapie".

Moje uczucia religijne (tak, posiadam takowe nie będąc wszakże Katoliczką) są obrażane za każdym razem, gdy oglądam reklamę medalika z Matką Boską. Symbol jest szargany proszę państwa nie tylko na blogach, ale na wszelkich serwisach i portalach!
Dlaczego nikt o tym nie pisze? A no tak, bo to wymyślił Kościół Katolicki (skrót myślowy). Jemu wolno sprzedawać wizerunek Matki Boskiej jako szarlatański talizman. U kogoś innego to będzie oczywista profanacja. Czy ktoś mi może powiedzieć, kto stoi za kampanią reklamową tego produktu oraz kto jest ojcem tego genialnego "pomysłu" na naciąganie wiernych?

Który wizerunek Matki Boskiej jest bardziej obraźliwy? Stylizowana na Madonnę naga dziewczyna czy Madonna wepchnięta w obraz z Częstochowy?
Z tych dwóch żadna. Medalik bije je na głowę.


Mały Apdejt: Kościół odżegnuje się od tego haniebnego procederu, ale jakby cichaczem i bez polotu. Wszak on też sprzedaje medaliki :)

2008-11-30

Czy internet zastępuje Ci telewizję?

Bardzo lubię grać w warcaby. Kiedyś poświęcałam im dużo czasu. Często nie włączałam wtedy telewizora, byłam zbyt zajęta. Pytanie - czy warcaby zastępowały mi telewizję? Nie. Piątek z Pankracym, Teleranek, potem 5-10-15 oraz Sonda to były programy święte. A przecież podobnych było dużo więcej. Część leciała w trakcie lekcji (parę razy zwagarowałam by je obejrzeć). Telewizja zmuszała do myślenia, nawet w przypadku zwykłego programu rozrywkowego dla dzieci.

Dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim zaczęłam na stałe bywać w sieci. Moje początki to serfowanie w poszukiwaniu mniej lub bardziej konkretnych informacji i zdjęć. Z czasem zaczęły się pierwsze wirtualne przyjaźnie, niektóre z nich przetrwały do dziś. W szczątkowej formie, ale zawsze. Czy internet zastępował mi radio czy telewizję? A skąd. Było i radio, i telewizja, i internet, i gazety - wszędzie można było usłyszeć, obejrzeć lub przeczytać coś ciekawego.

Co się zmieniło? Dlaczego nie brakuje mi telewizji? Dlaczego częściej czytam gazetę (tygodnik/miesięcznik) niż słucham radia? Przecież mam je w komórce! A jednak... kombinuję jak podpiąć się z niej pod moją bibliotekę last.fm... ale chyba bez szybkiego internetu nie da rady. Może za rok pokombinujemy z bezprzewodowym internetem. By było jasne - radio dla mnie zawsze było muzyką. Programy polityczne i reportaże omijałam szerokim łukiem - od tego miałam telewizję. No właśnie. Miałam. Ale już nie mam.

Pewnie spory procent Polaków podczas zbliżających się Świąt po raz dziesiąty obejrzy ten sam film. Mnie się znudziło. Choć i tak powtórki są lepsze od nowych "pomysłów" speców od marketingu.

Nie, internet nie zastępuje mi telewizji. Jej już nie ma. Zostały tylko dżingle między reklamami...

2008-11-11

Ekshibcjonizm czy zarobek?

Czasem człowiek musi sobie wyrobić pogląd na jakąś sprawę, by o niej napisać. A to wymaga czasu. Można pisać impulsywnie, a po jakimś czasie pisać o swym rozczarowaniu, pochopnym osądzie itp. Dlatego czasem wolę przystopować i poddać się ulubionemu zajęciu czyli obserwacji.

A w jakim temacie?

Konfliktu blogosfery z dziennikarstwem i branżą reklamową w tle. A dlaczego? Już na samym wstępie zaczyna się dyskusja na sposób wartościowania bloga. Jaki blog można uznać za popularny? Czy ten co ma dużo przypadkowych odsłon z wyszukiwarek czy raczej ten, pod którym w komentarzach toczy się zacięta dyskusja? A może ten, który pisze ogólnikowo o wszystkim i o niczym czy odwrotnie - ten co chwyta się niewygodnych tematów? Wreszcie jaki ten blog powinien być? Obiektywny czy subiektywny? Bo nagle się okazuje, że reklamodawcy nie pasuje nie tylko za mała ilość odsłon ale to, że bloger zamieszcza opis nie tylko zalet ale i tych nieszczęsnych wad produktu (mówię o wpisach na zamówienie).

A dlaczego akurat konflikt z dziennikarzami? Bo oni są już dawno kupieni. Nie piszą co myślą, ale to co zwiększy poczytność gazety. Nie liczy się jakość, ale pospolitość i sensacyjność artykułu*. A tu taki mały bloger, takie wielkie NIC, pisze, że go nie obchodzi zarabianie na blogu. Że oczywiście, zapomogą/sponsoringiem nie pogardzi, ale kłamać i przekręcać faktów nie będzie. No cóż za bezczelność, prawda?

Czasem na Goldenline  ktoś spyta jak zarobić na blogu, jak go „wylansować”. Sposobów jest wiele tylko... po chwili okazuje się, że pan/pani ma ambicje zarobić jak najmniejszym wysiłkiem. Chce zdobyć popularność pisząc jakiekolwiek bla bla. A tak się nie da. Blogi jak wiemy są różne i już od ich tematyki zależy czy będą dochodowe czy nie. Czasem nawet ich przesadna popularność szkodzi autorowi (patrz: problemy z hostingiem Tomka Topy ). To nie jest czasopismo, które ma czytać szeroko pojmowany masowy czytacz **.
Dziś, gdy kupuję gazetę wysypuje mi się z niej plik reklam. Ale to nie koniec. By dojść do artykułu muszę przekartkować kolejne reklamy. Bo druk gazety kosztuje. Bo pensja dziennikarza jest niemała. A przecież kupując gazetę nie pokrywam nawet kosztów jej wydrukowania. Bo papier jest drogi a inflacja znów skoczyła do góry. Skoro jednak jest tam tyle reklam to gdzie u diaska podziała się treść? Tam, gdzieś pomiędzy, mimochodem, a i tak pod koniec okazuje się, że za napisanie artykułu zapłaciła jakaś firma. Czy można wątpić w bezstronność tego artykułu? Niby nie, w końcu dziennikarz to rzetelny i bezstronny obserwator***... a jednak... mam to samo, gdy czytam „wpis sponsorowany” na blogu. Jeśli nie ma tam jednego „ale” to nie traktuję czytanych słów poważnie. Jest tylko jedna mała różnica. Za czytanie wpisu na blogu nie muszę nikomu płacić...

Acha no tak. Przecież blogi piszą ekshibicjoniści (tu mały link  do wątku w tym temacie na psychika.net,czyli jak łatwo można się pomylić oceniajac jakość blogosfery). Przecież to są subiektywne pamiętniki przypadkowych ludzi. Tak myśli o blogerach wiele nieznających specyfiki blogosfery osób.

Dla branży reklamowej blog jest jak kolejna wirtualna przestrzeń reklamowa.
Dla dziennikarzy to amatorszczyzna.
Dla zwykłych ludzi... to coraz popularniejsze miejsce do poznawania świata....

Czyżby dlatego, że jest na nim mało reklam? Czy dlatego, że można na nim przeczytać coś ciekawego pomimo tego, że są na nim reklamy?

Czasem boję się, że reklama zabije blogi tak jak zabiła prasę, radio i telewizję. Ale ciągle jeszcze mam nadzieję, że chciwość nie wygra z rzetelnością. I tym optymistycznym akcentem, pozwolicie państwo wycofam się na z góry upatrzoną pozycję... obserwatora ;)


*artykuł: to takie samo coś jak notka czy wpis na blogu tylko dłuższe, nieobiektywne, stronnicze i ocenzurowane ;)

**czytacz: odpowiednik bezmyślego masowego klikacza w reklamy na onecie/gazecie/interii/wirtualnej polsce

***oczywiście wg dziennikarza

2008-09-14

Człowiek odcięty od mediów...

...czy nie wydaje się wam to najgorszym z koszmarów? Telewizja nie działa, radio szumi, internet nie wchodzi nawet w wyszukiwarkę... na dodatek komórka zachowuje się jakbyście jechali w tunelu metra... 

Kim jest dziś człowiek bez źródeł informacji o świecie? Do napisania tego postu zainspirowała mnie dziewczyna pytajaca forum gazety o odbiór przez społęczeństwo związku z Arabem. Podczas toczącej się dyszkusji napisała, że nie czyta gazet, nie ogląda telewizji, nie słucha radia... czy naprawdę istnieją ludzie tak odcięci od świata? Dziś w erze technologii i postępu? Co ciekawe osoba ta rzeczywiście zachowywała się tak, jakby nie miała pojęcia o kulturze arabskiej... a wystarczyłoby wpisać frazę w guglach... cud, że się do internetu jakimś cudem podpieła (pewnie myśląc, że nie używa internet exploreta tylko onetu). 

Źródłem pierwszej wiedzy o życiu są nasi rodzice. Potem dochodzi dalsza rodzina i znajomi, wreszcie rówieśnicy. W międzyczasie dochodzą źródła nieożywione ksiażki, prasa, telewizja, radio, internet... zewsząd mówią do nas co mamy myśleć i jak czuć. Wydawało by się, że człowiek ma swój rozum i zdolny jest do samodzielnego ferowania wyroków i odróżniania dobra od zła... jak widać na załączonym wcześniej przykłądzie wielu ludzi tego nie potrafi i swoje życiowe decyzje uzależnia od grupy nieznajomych użytkowników jakiegoś forum. Przerażąjace? Nie, taka jest nasza dzisiejsza rzeczywistość. Spora część ludzi na tyle wcześnie odcina się od rodziny, albo rodzina nie jest na tyle wydajna by go czegokolwiek nauczyć poza obsługą bankoamatu... że niedoświadczona, niedojrzała istota musi radzić sobie sama. A jak sobi radzi widać to na Fotce, to na Gronie, to na Naszej-klasie. 

Weźmy jeszcze ten nieszczęsny przypadek ze zdjeciem w piecu krematoryjnym... łatwo powiedzieć "głupia dziewczyna". Mnie zastanawia co innego. Przecież ona nie była tam sama. Wycieczka za pewne była spora i miałą przewodnika. Co zrobił przewodnik? Co zrobiło otoczenie? Czuję, że nie była jedyną która robiła sobie zdjęcie w tym piecu... dziś media robią raban z tego powodu. A ja myślę, że to jest płacz nad rozlanym mlekiem. Tak to już jest, łatwo napisać krytyczny artykuł, łatwo psy i koty wieszać na innych ludziach, wykorzystujac ich błędy i słabości.

Sprzedaje się, więc jest dobre. Oto motto świata informacji.

Z jednej strony żyjemy w czasach gdy informacja, wiedza, technologia są na wyciagnięcie ręki. Ale czy aby potrafimy z niej właściwie korzystać? Cała masa ludzi pomimo iluśtam lat w szkole, pomimo otaczającej zewsząd cywilizacji nadal pozostała bezmyślnymi dzikusami, jakby media w ogóle nie istniały.

Co robić papciu Smerfie?

2008-05-04

Media dla młodzieży, internet dla wszystkich...

Przyglądając się światu medialnemu od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że zawęził on grono swoich odbiorców do młodzieży i to tej stereotypowej, bez gustu i wyobraźni. Reklamy są dla idiotów, programy telewizyjne dla wielbicieli stylu Dody i innych pseudo gwiazd... o radiu nie wspomnę. Produkcja filmowa produkuje drogie kino w stylu gry komputerowej lub dla kontrastu mydlane opery o nudnych ludziach i nudnych sprawach,które ich dotyczą. To,że prasa jako tako się trzyma... cóż, kiedy coraz mniej ludzi ją czyta...
Medialny internet w postaci portali informacyjnych już dawno sięgnął "plotka". Nie muszę pisać co to, bo każdy chyba miał okazję tam wdepnąć. Wydaje mi się,że kopiuje on trend dajacy się zauważyć w radiu i telewizji. Zwykła papka dla ludzi o kurzych móżdżkach. Nawet jeśli pojawi się jakiś program kulturalny z wyższej pólki to prowadzi ją czlowiek, który nawet wysławiać się przyzwoicie nie umie...
Z drugiej strony pojawia się rzeczywistość łebdwazerowa, polegająca na dialogu i współpracy osób pozornie ze sobą nie związanych i nie mających w tym żadnego interesu. Nagle osoby w podeszłym wieku piszą blogi, można się dowiedzieć ciekawych rzeczy dajmy na to o fotografii stereoskopowej, można wreszcie samemu podzielić się swą wiedzą z innymi, na przykład na Wikipedii. W tym momencie nie liczy się wiek ani wykształcenie. Oczywiście mają one jakieś znaczenie, ale najważniejsze jest to co ma się do powiedzenia, do pokazania i ostatnio - do podlinkowania. Można odnaleźć ciekawą książkę w księgarni internetowej a na forum czy blogach przeczytać recenzje pisane przez cztelników i samemu podzielić się wrżeniami po przeczytaniu. Można posłuchać muzyki, która z racji odległości jest na polskim rynku niedostępna. Przynajmniej z poziomu człowieka z pilotem w ręku.
Czy nie jest tak,że ludzie uciekają od mediów w zacisze społeczności internetowych? Uciekają od agresywnych reklam, od super cool zajawek, od stylu życia który im nie odpowiada? Media publiczne są na tyle bezczelne, że mają pretensje do tych co jeszcze je zauważają, że nie chcą płacić abonamentu. Przy okazji co bardziej ambitnych programów puszczają planszę - ten program finansowany jest z abonamentu. No dobrze. Tylko,że wychodzi na to,że z abonamentu finansowane są trzy, cztery programy na cały dzień we wszystkich kanałach. A co z resztą? Z reklam. Czyli jednak mają pieniądze na produkcję... a przecie reklamodawca nie zmusza ich do puszczania kolejnego tańca z rozgwiazdami czy innej farsy. A tak się składa, że telewizję oglądają co najwyżej emeryci i niż demograficzny młodzieży 10-15lat. I to też nie wszyscy biorąc pod uwagę czas jaki spędzają przed komputerem. A więc to oni decydują co jest w telewizji. Tylko paradoksalnie nie ma tam nic dla obu grup wiekowych. Gdzie podziały się programy dla nastolatków? Wiem, pewnie jest coś na kablówce. Ale niewiele. A programy dla babć i dziadków? Narzekamy,że oglądają telenowele... a co u diaska mają oglądać?
W pewnym momencie wszyscy spotykają się na internecie... i okazuje się,że można tu obejrzeć coś ciekawszego... tylko trzeba zrobić coś więcej niż włączyć komputer. Sieć wymaga aktywności, a na to nie każdy jest gotowy... czy kiedyś znajdziemy złoty środek by pogodzić te dwa światy?

2008-03-18

Internet ostoją demokracji

Dziś w krajach takich jak Rosja czy Chiny tylko w internecie ludzie mogą jeszcze dokonywać wyborów… W Tybecie polała się krew, w Rosji bezpardonowo sfałszowano wybory. Coraz więcej blogerów popiera akcję nagłaśniania sprawy łamania praw człowieka. Tylko czy to coś pomoże? Nie wiem. Świat wirtualny zawsze był na tyle nienamacalny, że “władza” sięgała do niego swymi mackami w ostateczności. Ale ponoć Chiny już przyblokowały swym rodakom najpopularniejsze serwisy, by przypadkiem ktoś ich nie nabuntował. I pomyśleć, że Chiny organizują olimpiadę… a co sie stanie gdy sportowiec powie w wywiadzie co o tym myśli? Zakują go w kajdany? A może zastraszą wszystkie ekipy już na starcie? Biorąc pod uwagę komunistyczne metody - bałabym się wysłać do Chin choć pół sportowca…

A może takie powinno być stanowisko wszystkich krajów? Anulować olimpiadę? Nie wysłać tam ani jednego sportowca, niech kiszą się we własnym wietnamsko-koreańsko-rosyjskim sosie gorzkokwaśnym?

Trudno mi ocenić czy internetowa akcja przyniesie jakiś pożytek. Ale łamaniu praw człowieka pod każdą postacią mówię otwarcie: NIE!

Apdejt ze sznurkami. Dzięki uprzejmości Asena podaję sznury do videoklipów internautów rosyjskich z lokali wyborczych:

http://romanik.livejournal.com/174225.html

oraz jutuba

http://pl.youtube.com/watch?v=xGfwlkGNrBM

http://pl.youtube.com/watch?v=-E2ieEsmqBM

2008-03-12

Jakiej stacji radiowej słucha pani najczęściej?

Takie oto pytanie usłyszałam dziś w telefonie… dzwoniła pani z GFK Polonia bodajże… i tu pojawił się pewien problem. Otóż ostatni raz zwykłego radia słuchałam kilka miesięcy temu… niby zawsze wolałam radio tradycyjne a jednak… nie byłam w stanie wymienić żadnej stacji muzycznej poza moją ulubioną, internetową… “Manu Chao” w Last.fm Pani w telefonie była zawiedziona…

Ciekawe jak inni słuchacze. Do tej pory niespecjalnie interesowałam się statystykami popularności, jako że większość stacji należała do jednego właściciela, co niestety skutecznie obniżało ich jakość. Porównywanie popularności czegoś co należy do jednej korporacji medialnej jest pomysłem poronionym…. A mojej muzyki latino, italia, blues i rock alternatywny spotkać nie można i tak.Nawet Antyradio nie to samo… Jakiś czas posiłkowałam się nazbieranymi empetrójkami, ale ile można w kółko słuchać tego samego? O Laście słyszałam od wielu osób, ale że dość długo trwało zanim wpadłam na pomysł zakupu słuchawek USB (normalne gniazdo popsuło się wieki temu) - wbiłam się do niego stosunkowo niedawno. A teraz żyć bez niego nie mogię…

Mimo wszystko czuję się świeża w temacie muzyki w internecie. Czuję niedosyt, bo nie ma nic gorszego nad monopol, a słuchanie radia na winampie już dawno przestało mnie rajcować. Dlatego wielka prośba o linkowanie czego się da w tym temacie. Wszelkie klony i pochodne mile widziane.

A co mi się podoba w Last.fm na co dzień? Raz, znajduje mi wykonawców których uwielbiam choć nie miałam pojęcia o ich istnieniu… dwa - jest to portal półspołecznościowy. Ma się znajomych tak jak w każdym innym serwisie. Ma się swój miniblog i własne statystyki. Automat wyskakuje sąsiadów o podobnym guście. Jest też porównywarka z gustem znajomych. Dodatkowo w necie jest sporo dodatków i nakładek. Ponieważ zapomniałam zapisać bukmarki, po reinstalce systemu zgubiłam do nich link. Jak wynajdę oczywiście podrzucę.

Minusy? Też kilka niestety. Program czasem się wiesza. Co jest wkurzające. Nie wiem czy to wina mojego wolnego łącza, czy czegoś innego ale fakt pozostaje faktem… co jeszcze? Dziwnie przypasowani są wykonawcy w kwestii “podobieństwa”. Często się nie zgadzam, a jeszcze nie odkryłam jak i czy da się to edytować. Minusem jest także to, że słuchanie radia kolegów raz inne udogodnienia są płatne. 2,5Euro za miesiąc to dla mnie, wybaczcie, za dużo. Może jak zostanę milionerką? :) Wiem, portal musi na siebie zarabiać. Dlatego zrzędzę,ale nie zabraniam. Przynajmniej reklam jest mniej. Inna sprawa to widżety, które niestety na wordpressie nie działają. Mogliby coś w tej kwestii wymyślić.

Reasumując nie tęsknię za zwykłym radiem. Już nie.

2008-02-12

Polacy kochają protestować

Wiem, wiem, Francuzi mają w tym względzie więcej fantazji. Ale wysypywanie zboża na tory i obrzucanie się zgniłymi jajami… nie, na tym blogu polityce mówimy nie. Nie będzie o strajkach lekarzy, pielęgniarek, górników, stoczniowców, emerytów i rencistów.

Chodzi mi o coś innego. W naszym nieszczęsnym narodzie nie wytworzyły się mechanizmy negocjacyjne. Nie od dziś protestujemy przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Wczoraj w telewizji (nie pytajcie na którym kanale, ani w jakiej miejscowości) był mini-reportaż o odkryciu nowych złóż węgla brunatnego. Masa pieniędzy leżąca pod ziemią, czekająca na to by ją tylko wykopać. Szansa rozwój regionu, nowe miejsca pracy… ale nie dla tamtejszych mieszkańców… oczywiście protestują. Przypomina mi to sprawę protestów mieszkańców Augustowa protestujących przeciwko protestującym przeciwko zniszczeniu doliny Rozpudy za pomocą autostrady. No i teraz mam kłopot. Po której ze stron się opowiedzieć? Z jednej strony rozumiem ludzi. Stracą swoje domy (nie od razu, za parę lat ale jednak), dorobek życia… co prawda kopalnia kupi im inne domy… ale ciężko jest zapomnieć o miejscu, w którym mieszkało się latami. Z drugiej strony przecież oni powinni zażądać akcji spółki, która zajmie się wydobyciem. Można by wynegocjować sobie po cichu całkiem zgrabną “emeryturkę”. Ale po co? Przecież łatwiej zrobić transparenty i przypiąć się do drzew… o właśnie. Trzeba by sprawdzić czy nie ma tam jakiegoś parku krajobrazowego…. gdyby mieszkańcy dogadali się z ekologami… mielibyśmy kolejny cyrk. Dziwię się mediom, że przepuściły taką okazję… ale co się odwlecze, to nie uciecze… :)

Acha, chętnie przyjmę wszelkie szczegóły tej sprawy. O Rozpudzie też coś dziwnie ucichło…

2008-02-01

Moda na subiektywizm

Ostatnimi czasy w mediach daje się zauważyć pewien kryzys obiektywizmu. W prasie czyta się felietony o tym, że to fikcja, że to niemożliwe by w dzisiejszych czasach dziennikarz mógł pisać co chce i o czym chce... że prowadzi się całe kampanie medialne popularyzujące pewne poglądy czy piętnujące inne. Media straciły swój autorytet zbyt dużą ilością artykułów sponsorowanych, inspirowanych przez partie polityczne czy wreszcie tym najgorszym. Jakością słowa i poruszanej tematyki. Nie ominęło też to mediów internetowych, czyli popularnych portali takich jak onet, wirtualna czy nieszczęsna gazeta. W wielkim skrócie sięgnęły “plotka” a może raczej “pudelka”. News o imprezie u Dody sąsiaduje z danymi gospodarczymi i ambitnym artykułem na temat kryzysu na linii koalicja-opozycja.

I tu pojawiła się nisza. Jakichś ludzi, którzy nieśmiało zaczynają pisać co myślą. I co gorsza (o klęsko!) nawet nie próbują być obiektywni. Ba! Oni się tego słowa brzydzą! Na każdym kroku podkreślają, że to ich spojrzenie na świat, ich wątpliwości, ich rozterki... cóż za bezczelność?!? Ano o blogerach, a raczej o całej blogosferze mowa... która wyrosła na zgliszczach starych dobrych gazet i porządnych programów publicystycznych w telewizji... zresztą nie tylko... zamiast obejrzeć film o Islandii (przecież w telewizji nie mam na to najmniejszej szansy) to idę do Slawna. Jeśli chcę się pośmiać, to zamiast serialu komediowego idę do wujka Tomiego. Jeśli chcę posłuchać muzyki czy obejrzeć film wybieram się nieco dalej, na jutubę. A jeśli chcę poczytać coś o tym co naprawdę ludzie myślą o polityce to szukam w tagach serwisów blogerskich. Na co mi media? Jeśli reklamy zdają się być ciekawsze od tego co jest między nimi?

Prasa podnosi lament. Poczytność gazet spada, popularność artykułów pisanych przez “poważnych” dziennikarzy jest mniejsza niż newsy z pudelka... oczywiście winni jesteśmy my. Motłoch. A gdzieżby święte krowy, które potrafią pomylić daty, przekręcić nazwiska... oczywiście błędy mogą się przytrafić każdemu. Ale krytykę media znoszą daleko gorzej niż blogi. W pewnym momencie wmówiono im, że są nieomylne. A tu, po cichu wyrosła im konkurencja... co gorsza nie mogą się z nią równać... nawet blogujący dziennikarze muszą być choć trochę subiektywni. Nie wszyscy jeszcze zdołali to pojąć.... a ludziom przestało już dawno zależeć na prawdzie obiektywnej.

Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji.

A że nagle za blogowanie wzięli się politycy... czyżby nie ufali dziennikarzom i woleli sami pisać niż udzielać im wywiadów? Osobiście wcale się im nie dziwę.... :)

2008-01-29

Dziś będzie o sprawiedliwości…

Jak się domyślacie wpis powodowany jest niedawnym werdyktem sądu w W.Bryt. na temat naszego rodaka posądzonego o gwałt. Nie mnie oceniać czy sprawiedliwość zatryumfowała czy nie – nie jestem sądem, nie mam dostępu do wszystkich dowodów. Nie będę wiec tutaj stawać w jego obronie, ani utyskiwać nad biednym losem emigranta…

Zastanowiło mnie co innego. Kochane media. Jak zwykle osądzają człowieka przed wyrokiem. A że są opiniotwórcze… no właśnie. Przypomina mi się sprawa sprzed lat. Pewnie już nikt o niej nie pamięta, ja też nie znam zbyt wielu szczegółów… podobieństwo do tej sprawy jest jednak spore o tyle, że… oskarżony był…. pięknym, przystojnym, kulturalnym młodzieńcem, który…. miał fantazję gwałcić staruszki… rzecz działa się w Polsce. Delikwent był wykształcony, sprawiał wrażenie niemal dystyngowanego… no prawie idealny kandydat na męża… a tu taki klopsik. Czy wtedy media go „uniewinniały” za sympatyczne spojrzenie? A skąd. Degenerat i zboczeniec! Oto co można było przeczytać w nagłówkach. Dowody były podobne jak i w tej sprawie. Niedokładne zeznania, nie pamiętam czy nawet było DNA sprawcy. No, ale co wolno polskiemu sądowi tego nie wolno zagranicznemu, prawda? Pamiętacie sprawę, gdy Polacy zabili cudzoziemca dla odtwarzacza mp3? Też nikt nie wierzył w ich winę… przecież „to był dobry chłopak i mało pił” chciało by się powiedzieć. A to wszystko dlatego, że obcy sąd i obca prokuratura….

I tu się zaczęłam zastanawiać… na ile w swoich sądach opieramy się na własnych przeczuciach, a na ile jesteśmy manipulowani opinią otoczenia? Tym co mówią w telewizji, tym co mówią sąsiedzi, ksiądz w kościele z ambony… niby podobna sprawa a tak odmienny odzew. Sprawa na oddzielny wpis. Może kiedyś go popełnię. A recepta na takie sytuacje? Może w takich niejasnych sprawach sąd zagraniczny powinien przekazywać sprawę do sądu z kraju z jakiego pochodził sprawca? Tyle, że u nas za gwałt dostałby góra pięć lat… i wyszedł by po dwóch za dobre sprawowanie. Tu wyjdzie najwcześniej po ośmiu (rok w areszcie wliczono mu do kary).

Kiedy nareszcie dostosujemy prawo w Europie tak by było jednolite we wszystkich krajach? Przydało by się. Z drugiej strony w niezawisły osąd przysięgłych nie bardzo wierzę. Może dlatego, że naoglądałam się amerykańskich filmów, gdzie tak samo obrońcy jak i prokuratorzy manipulowali sędziami przysięgłymi w sposób wręcz karygodny – bazując na instynktach, odruchach, podświadomości… tak mogło być i tym razem… ale nie musiało. Dlatego nie pokuszę się o ferowanie wyroków w tej sprawie. Dzielę się tylko moimi wątpliwościami… które może nie są zgodne z tym, co można przeczytać w gazetach czy usłyszeć w telewizji… ale nie od dziś wiadomo, że lavinka rzadko płynie z prądem…

2008-01-26

Dzień szczęśliwości narodowej…

…oto czego mi potrzeba. Chyba nie jestem Polką. A już na pewno nie stuprocentową, bo nie lubię mieć nosa spuszczonego na kwintę i czarnych ubrań na grzbiecie. Ostatnio namnożyło się tyle okazji… tyle rocznic… tyle trupów…. które należy publicznie opłakać (no bo do czego by doszło gdyby któregoś z nich pominąć?!?)

Nie.

Musi być równowaga w przyrodzie. Świętować powinno się nie tylko wielkie tragedie ale i wielkie radości. Choćby wejście do strefy Shengen. Jakaś mała bibka na placu Defilad… jakiś sympatyczny koncert na 20 tysięcy widzów z krótkim udziałem pana premiera i pana prezydenta godzących się z tej okazji (marzył indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli)… albo sławne przyznanie nam mistrzostw Piłki Nożnej w roku 2012. Czy nie to wydarzenie nie zasługuje na ogłoszenie Dnia Szczęśliwości Narodowej? Albo zeszłoroczny wyczyn Adama Małysza. Po raz kolejny udowodnił, że Polak potrafi. Wygrał przecież z dużo młodszymi i sprawniejszymi od siebie… I na co się załapał? Na parę newsów…. i pewnie kameralny uścisk pana prezydenta… gdyby się zabił to co innego, prawda?

A potem się dziwimy, że uchodzimy w Europie za naród ponuraków….

BTW dziś jest Dzień Transplantologii a jutro dzień Pamięci o Holokauście (czy jakoś tak) – już są pierwsi lanserzy w telewizji z tej okazji (aktorzy, artyści etc.). Nie ma to jak długi łikęd żałobny… dlaczego ciągle oglądamy się za siebie i rozdrapujemy stare rany? Kiedy zaczniemy patrzeć w przyszłość? Optymistycznie? Acha no tak. Orkan mamy jeszcze na głowie… kolejna okazja do świętowania… pierwszych ofiar….

2008-01-24

Krew na pierwszej stronie…

Utarło się przekonanie, że poczytności gazet i oglądalności newsów w telewizji sprzyja krew. Można powiedzieć, że czekają nas w najbliższym czasie igrzyska posępnych min, czarno-białych stron portali i specjalnych programów, w których określeni ludzi będą dywagować nad przyczynami, skutkami i tym co było pomiędzy. Nie włączam telewizji. Główne strony portali omijam. Nie interesują mnie życiorysy zmarłych, nie interesuje mnie jak zginęli i kto jest za to odpowiedzialny. Biorąc pod uwagę, że samolot był wojskowy i tak nigdy nie dowiem się całej prawdy. Chyba, że wiele lat później.

Miałam dziś pisać o czymś innym, paradoksalnie też o śmierci w internecie… jak dziwnie się los układa…