Czasem człowiek musi sobie wyrobić pogląd na jakąś sprawę, by o niej napisać. A to wymaga czasu. Można pisać impulsywnie, a po jakimś czasie pisać o swym rozczarowaniu, pochopnym osądzie itp. Dlatego czasem wolę przystopować i poddać się ulubionemu zajęciu czyli obserwacji.
A w jakim temacie?
Konfliktu blogosfery z dziennikarstwem i branżą reklamową w tle. A dlaczego? Już na samym wstępie zaczyna się dyskusja na sposób wartościowania bloga. Jaki blog można uznać za popularny? Czy ten co ma dużo przypadkowych odsłon z wyszukiwarek czy raczej ten, pod którym w komentarzach toczy się zacięta dyskusja? A może ten, który pisze ogólnikowo o wszystkim i o niczym czy odwrotnie - ten co chwyta się niewygodnych tematów? Wreszcie jaki ten blog powinien być? Obiektywny czy subiektywny? Bo nagle się okazuje, że reklamodawcy nie pasuje nie tylko za mała ilość odsłon ale to, że bloger zamieszcza opis nie tylko zalet ale i tych nieszczęsnych wad produktu (mówię o wpisach na zamówienie).
A dlaczego akurat konflikt z dziennikarzami? Bo oni są już dawno kupieni. Nie piszą co myślą, ale to co zwiększy poczytność gazety. Nie liczy się jakość, ale pospolitość i sensacyjność artykułu*. A tu taki mały bloger, takie wielkie NIC, pisze, że go nie obchodzi zarabianie na blogu. Że oczywiście, zapomogą/sponsoringiem nie pogardzi, ale kłamać i przekręcać faktów nie będzie. No cóż za bezczelność, prawda?
Czasem na
Goldenline ktoś spyta jak zarobić na blogu, jak go „wylansować”. Sposobów jest wiele tylko... po chwili okazuje się, że pan/pani ma ambicje zarobić jak najmniejszym wysiłkiem. Chce zdobyć popularność pisząc jakiekolwiek bla bla. A tak się nie da. Blogi jak wiemy są różne i już od ich tematyki zależy czy będą dochodowe czy nie. Czasem nawet ich przesadna popularność szkodzi autorowi (patrz: problemy z hostingiem
Tomka Topy ). To nie jest czasopismo, które ma czytać szeroko pojmowany masowy czytacz **.
Dziś, gdy kupuję gazetę wysypuje mi się z niej plik reklam. Ale to nie koniec. By dojść do artykułu muszę przekartkować kolejne reklamy. Bo druk gazety kosztuje. Bo pensja dziennikarza jest niemała. A przecież kupując gazetę nie pokrywam nawet kosztów jej wydrukowania. Bo papier jest drogi a inflacja znów skoczyła do góry. Skoro jednak jest tam tyle reklam to gdzie u diaska podziała się treść? Tam, gdzieś pomiędzy, mimochodem, a i tak pod koniec okazuje się, że za napisanie artykułu zapłaciła jakaś firma. Czy można wątpić w bezstronność tego artykułu? Niby nie, w końcu dziennikarz to rzetelny i bezstronny obserwator***... a jednak... mam to samo, gdy czytam „wpis sponsorowany” na blogu. Jeśli nie ma tam jednego „ale” to nie traktuję czytanych słów poważnie. Jest tylko jedna mała różnica. Za czytanie wpisu na blogu nie muszę nikomu płacić...
Acha no tak. Przecież blogi piszą ekshibicjoniści (tu mały
link do wątku w tym temacie na psychika.net,czyli jak łatwo można się pomylić oceniajac jakość blogosfery). Przecież to są subiektywne pamiętniki przypadkowych ludzi. Tak myśli o blogerach wiele nieznających specyfiki blogosfery osób.
Dla branży reklamowej blog jest jak kolejna wirtualna przestrzeń reklamowa.
Dla dziennikarzy to amatorszczyzna.
Dla zwykłych ludzi... to coraz popularniejsze miejsce do poznawania świata....
Czyżby dlatego, że jest na nim mało reklam? Czy dlatego, że można na nim przeczytać coś ciekawego pomimo tego, że są na nim reklamy?
Czasem boję się, że reklama zabije blogi tak jak zabiła prasę, radio i telewizję. Ale ciągle jeszcze mam nadzieję, że chciwość nie wygra z rzetelnością. I tym optymistycznym akcentem, pozwolicie państwo wycofam się na z góry upatrzoną pozycję... obserwatora ;)
*artykuł: to takie samo coś jak notka czy wpis na blogu tylko dłuższe, nieobiektywne, stronnicze i ocenzurowane ;)
**czytacz: odpowiednik bezmyślego masowego klikacza w reklamy na onecie/gazecie/interii/wirtualnej polsce
***oczywiście wg dziennikarza