2009-08-31

Pułapka klonów

Nie wiem dlaczego my Polacy zawsze kopiujemy zachód, co by się tam nie przyjęło, my będziemy mieć ichnie podróbki. Kiedyś mieliśmy podróbki jeansów, teraz mamy podróbki serwisów internetowych. Do pewnego momentu się to sprawdza, przeciętny polski internauta woli serwisy w rodzimym języku. Szybko zrozumiał to blogger i facebook(także last.fm i wiele innych, ale tu zawężę do tych bardziej popularnych) tłumacząc nieporadnie z angielskiego na polski. Idea web 2.0 szybko się ujawniła, użytkownicy wysłali wiele mejli z propozycjami prawidłowych tłumaczeń. I poszło. Dziś oba serwisy są u nas coraz bardziej popularne.

Pytanie dlaczego wolimy zachodnie serwisy od rodzimych nie jest postawione właściwie. My nie wolimy zachodnich, my wolimy oryginalne! To tak jakby kogoś spytać dlaczego woli prawdziwe złoto od tombaku. Oczywiste, prawda? Tak samo jest z internetem.

No ale już dobrze. Przynajmniej kopiujemy to co dobre, sprawdzone, ok, wybaczam. Mam konto na n-k, mam konto na blipie i jeszcze w paru miejscach. Nie rozumiem jednak maniery kopiowania się polskich serwisów nawzajem. To droga do nikąd. To zwyczajne klonowanie, które nijak nie wpływa na popularność. Ostatnio jak gruszki na wierzbie powstają serwisy mikroblogowe. Jedne bardziej wzorowane na twitterze, drugie bardziej na facebook'u. Tylko pozornie. Tak naprawdę zauważono potencjał blipa i wymyślono, że skoro blip jakoś funkcjonuje, to może uda się go zdeklasować i dorównać Twitterowi. A, no i zarobić kupę_kasy. Taaaa....

Jest jeden mały, wręcz tyci problem. Żeby mikroblogować trzeba widzieć w tym sens. Samo wysyłanie statusów nie jest wbrew pozorom ideą mikroblogów. Status to sposób na przekazanie informacji. Nie jest fajny sam w sobie. To chwilowo najwygodniejsza forma kontaktu. Jeśli jednak ktoś nie ma potrzeby rozsyłania wiadomości do znajomych, takiej w sumie plotki powtarzanej z ust do ust... jeśli nie lubi dzielić się swoimi spostrzeżeniami, jeśli nie czuje potrzeby relacjonowania swego życia na bieżąco (bo na przykład to życie nie jest zbyt zajmujące), to ciężko mu się będzie odnaleźć w świecie 140-160 znaków.

I tu wracamy do klonowania. Czy naprawdę trzeba kopiować cudze pomysły, by coś wypromować? Pewnie ktoś powie, że tak. Bo tu działąją takie same mechanizmy. Ale wówczas na starcie jesteśmy skazani na porażkę. Dlaczego? Spróbujcie zrobić klona google i im dorównać zasięgiem. Marne szanse, prawda? A kopiujecie twittera....

apdejt: Ciekawy wywiad z Maćkiem Budzichem w temacie śledzika i innych ryb ;)

apdejt nr 2: Już na n-k są pierwsze protesty przeciwko śledzikowi ;)

2009-08-17

Podróżowanie w internecie

Nie, to nie bedzie szemrana podprogowa reklama biur turystycznych. ;)

Piszę na wypadek, gdyby niezliczeni internauci nie wiedzieli, do czego może służyć internet poza ściąganiem pornosów i podrywaniem głupich lasek za pomocą gg...

Otóż czasami nie wykupujemy wycieczki do Egiptu, gdzie jesteśmy obwożeni autokarem z marudnym przewodnikiem.Wpadamy na szalony pomysł, by pojechać gdzieś... bez opieki! Sami lub grupą i to na dodatek z namiotem i na rowerze. W Afryce powiedzieliby, że zwariowaliśmy, bo w lesie i na pustyni mieszkają złe duchy. W Polsce teoretycznie też sporo osób zapyta się: ale_po_co?

Otóż dla frajdy. Z czego niby mamy ją czerpać? Z samego podróżowania? Mało. Z przygód? Już bardziej, podróżowanie improwizacyjne, nawet po zaplanowanej trasie może skutkować wieloma niepodziewanymi sytuacjami. Ale to też za mało. Frajdę podwójną ma się, gdy całej tej szalonej wyprawie kibicuje tłum. To takie prywatne reality show, choć bez kamer. To my decydujemy, co zostanie upublicznione. Dziś, gdy pokojnie można udostępniać zdjęcia z komórki bezpośrednio na blog (na przykład jak się ma sony ericssona,można łatwo publikować zdjęcia na bloggerze), albo za pomocą mmsów wrzucać na blipa czy inny serwis mikroblogingowy, który to umożliwia (nie znam się, nie testowałam, chętnie poznam wasze doświadczenia). Sama zrobiłam podobnie, wysyłając raz dziennie smsa lub mmsa z miejscem, gdzie się na rowerze akurat znajdowałam, podczas wyprawy w Beskid Niski.

Ostatnimi czasy bliposfera żyła wyprawą dookoła Polski. Dzięki blipowej relacji smsowej i mmsowej każdy kto obserwował tag #rower lub same konto ^dookolapolski, mógł na bieżąco śledzić poczynania rowerzystów. Po zakończeniu wyprawy można też przeczytać na bajkstatsach Młynarza. Prawie 4 tysiące kilometrów na rowerze przez 215 godzin. Czy to nie jest wyczyn? Jest! Nie napisała o tym chyba żadna gazeta, w telewizji pewnie też wzmianki nie było. Za to internet_wie. Wiedzą zaprzyjaźnieni cykliści, jak i ich znajomi. Na blipie obserwowało wyprawę 35 osób. Tag #rower- trzy razy tyle.
Pewnie, że skala niewielka. Ale jak na wyprawę zupełnie nie związanych z mediami zwykłych_ludzi - całkiem nieźle.

Za to teraz trwa samotna wyprawa Piotrka znanego na blipie jako Schmiciu. Piotrek podjął się realizacji ambitnego planu. Przejedzie po trasie Tour de Pologne, najważniejszego wyścigu kolarskiego w Polsce. Życzę powidzenia i oczywiście zaczynam obserwować na blipie :)

Kolejna wyprawa na blipie, na żywo bosa relacja Ziemka i link do strony domowej:
Boso przez plaże czyli w 80 miejsc brzegiem Bałtyku

Relacja na żywo z Watry harcerskiej. Blipwatra
lub pod tagiem #watra

2009-07-06

W zamkniętej puszce internetu

Wpis natchniony. A natchnęło mnie kilka dyskuzji ze najomymi, którzy co prawda korzystają z internetu ale w bardzo ograniczonym zakresie i swą wiedzę o świecie nadal czerpią z radia i telewizji... albo co częstsze, wiedzy nie mają czasu czerpać w ogóle. Chodzi o sławne wytłumaczenie: "Czym jest blip?". Ano polski Twitter, nie? Ekhm... a co to jest Twitter?

I tak zaczyna się moja opowieść o ludziach z dostępem do masy informacji, którzy dzielą się nimi z innymi, ale tylko pod warunkiem, że Ci inni wiedzą, że ktoś się tymi informacjami podzieli... Internet, wbrew swej otwartości jest dość hermetycznym światem grup internautów, ktorzy często nic o sobie nie wiedzą nawzajem. Nie wiedzą nawet o swoim istnieniu. Starczy nie wiedzieć, co to jest twitter albo co to jest blip i umyka spora część świata. Czy jednak trzeba od razu drzeć szaty z rozpaczy?

Ej, chyba nie.

A jednak coś w tym jest, że ludzie lubią się grupować, tworzyć kółka i kółeczka... pojedyncze serwisy im to umożliwiają... a mikrobloging jest chyba idealny dla tworzenia się grup wielbicieli danego taga czy jakiejś osoby, która potrafi przykuć uwagę w tekście "jednego smsa". Tak powstaje mikrocelebrytyzm, czyli ludzie niemal z dnia na dzień stają się znanymi i rozpoznawalnymi osobami.... w sieci. Tak, nadal w sieci, bo zwykły człowiek nie wie o mikrocelebrycie nic. Na tym polega zamknięta puszka internetu, działa na zasadzie połaczeń międzyludzkich - w sieci. Jeśli zbyt wiele nitek się przerwie - informacja o człowieku znika, ale jeśli wiadomość przechodzi dalej po pajęczynie - rozprzestrzenia się wirusowo. Tak powstaje mikrosława. Kiedy to się zaczyna? Kiedy przynajmniej raz dziennie ktoś dodaje ową postać do obserwowanych i kiedy jest to osoba zupełnie nieznana. I bardzo rzadko wychodzi to poza internet, często nie wychodzi nawet poza dany serwis(np. mikrocelebryci blogerzy z bloxa, nieznani czytelników grupy wordpressa na przykład).

W internetowym grajdołku ludzie dobrze się znają, tworzą nawet swoje marki... reklamują sklepy, usługi, polecają książki czy filmy. Czasem opisują pogodę, czasem piszą o korkach albo migrenie. Czasem dzielą się swoimi przemyśleniami (rzadziej) a czasem piszą co im ślina na język... nie ma recepty na mikrobloging, on po prostu jest i ciutkę wymyka się definicjom. Na początku jego rozwoju obawiano się, że zamorduje zwykłe blogowanie. Czy zamordował? Wręcz przeciwnie. Blipowanie zwiastunów nowych wpisów na blogach to popularny sposób na wypromowanie swego bloga w sieci. Pod warunkiem, że się nadmiernie nie spamuje. To już nie jest tylko "co robię w danej chwili". To już jest: co myślę, co uważam, jaki jest mój świat i do czego dążę. To już sposób na skrzyknięcie znajomych na imprezę czy wspólny wypad za miasto, to sposób na odkrycie nowych twarzy, mniej anonimowych. W końcu jeśli obserwuje się dłużej daną osobę, to można się sporo o niej dowiedzieć. O jej trybie życia, o porach posiłków, o gustach i guścikach... idealne narzędzie do inwigilacji, prawda?

Ludzie najwyraźniej lubią być podglądani, czego i Wam życzę ;)))

2009-04-14

Na wirtualnym zakręcie

Wirtualne życie towarzyskie. O tym będzie ten wpis. Jak kogoś nie interesuje to moze wrócić do oglądania filmików na jutubie ;)
Takie małe podsumowanie, trochę czasu minęło od założenia kont na naszej-klasie, facebook, goldenline, profeo, netlogu i Bóg jeden wie gdzie jeszcze. O, i na blipie.

Jak się przekłada internetowe życie towarzyskie na życie za firewallem? Otóż przekłada się istotnie, o ile jesteśmy otwarci na kontakty z ludźmi, z którymi więcej nas dzieli niż łączy i o ile jesteśmy w stanie ten fakt zaakceptować. Inaczej utkniemy na zamkniętym forum/blogu/profilu. Ale powiedzmy, że jesteśmy tolerancyjni i zarazem nietoksyczni na tyle, że nie odstraszamy każdego z kim się spotkamy. A jeśli już jesteśmy, to umiemy to ukryć. I co dalej? Mamy już stu znajomych, mamy blog, piszemy na forach. Za mało, co? Miło jednak spotkać się z ludźmi, których lubimy. Czasem konfrontacja boli, czasem przeciwnie sprawia, że nareszcie mamy towarzystwo by wybrać się tam gdzie marzylismy, a dotychczasowe znajomości jakoś nie pozwalały by się tam wybrać, a w pojedynkę to nie zawsze to samo.

Serwisy społecznościowe wiedzą, że spotkanie znajomych w realu to śmierć w necie. Zbyt wiele realu powoduje, że człowiek w necie jest za krótko by klikać się w reklamy. Nie ma czasu. Toteż wymyślają różne sztuczki by człowiek zajął się netem na tyle, by nie chciało mu się wyjść z domu. Jak się o tym wie, to serwisu się używa, ale tylko w określonym celu. Gorzej jeśli się jest istotą odludną, nietowarzyską, introwertyczną. Wówczas net może przejąć kontrolę.

Strzeżmy się internetu, inaczej kiedyś nas pożre ;)


Apdejt: ^suchy mnie zagadnął na blipie, że powinnam coś napisac o własnych doświadczeniach w tym zakresie. Ano w necie jestem kilkanaście lat, wcześniej ludzi poznawało się na forach i czatach. Loteria straszna, ludzie nieufni, znajomi z realu pytali się, czy się nie boję z obcymi ludźmi spotykać. Odpowiadałam, że tak samo oni obcy jak Ci spotkani w szkole czy w autobusie... Prawda? W latach 90'tych to nie było jeszcze takie oczywiste. Ile znajomości przetrwało? Ludzi poznałam setki, znajomość utrzymuję na bardzo dalekiej stopie z kilkoma. Kilkanaście jeszcze przypadkiem spotykam. Ale dzisiejsze znajomosci netowe to kwestia ostatnich trzech lat. Kto wie czy by przetrwały, gdybym przestała bywać w sieci, tylko do niektórych osób mam telefon. W sumie net mi ten telefon również zastepuje. Czy to są trwałe przyjaźnie? Nie wiem. Tego się nigdy nie wie. Z ludźmi poznanymi w szkole/autobusie/imprezie też nie wiadomo.


p.s. Jeśli ktoś chce poznać moje zdanie na temat żałoby_narodowej to się nie zmieniło od czasu ostatniego wpisu na ten temat - Dzień Szczęśliwości Narodowej

2009-02-04

Czy w internecie nic się nie dzieje?

Jakoś mi brakuje spektakularnych doniesień o statystykach naszej-klasy, afer o przeciekach super tajnych danych personalnych oraz o łamaniu prawa przez google, którepokazuje zdjęcia w ramkach... a nie, o tym akurat było, tyle że nie google ale wykop i nie złamał prawa tylko zablokował paru spamerów z wiadomości24.

Wiem, ciężkie jest życie spamera. Ale ja nie o tym. O żywocie spamera może innym razem.

Dziś jestem w trybie nostalgiczno-smęcącym. Kiedyś to było fajnie. Nowo otwarte serwisy śmigały, firefox się nie zawieszał, nawet czytnik rss działał jak trzeba. A dziś? Szkoda gadać. Aż dziw bierze, że nasza-klasa poskromiła Pana Gąbkę. Tylko, że to niewiele dało, bo na n-k też niewiele się dzieje. Sąsiedzi mają nowego psa. A Jasio sfilmował koleżankę od dołu. Niestety była w spodniach.

Nie, nie ma stagnacji. W końcu wyskoczyła jakaś konkurencja regionalna, tvnwarszawa. Nie powiem, zmyślne. Tylko czamu komentarze się tak długo moderują a logowanie w większosci wypadków nie działa? Ale co tam, przynajmniej nie ma komci rodem z onetu. I reklam nie za wiele. Do czasu. Będą komcie jak z onetu, będą reklamy (dla idiotów).

Na zachodzie bez zmian. Zmienił się prezydent, jakieś banki splajtowały i mamy kryzys. Moim zdaniem bardziej wartości niż finansowy, ale jak wiemy problemy natury moralnej nie są tak odczuwalne jak pusta kieszeń. Jak jest dużo rozwodów to nie szkodzi. Jak komuś zabraknie na merca i plazmę to już olaboga.

Świat zszedł na psy. Na szczęście My-internet jeszcze się trzymamy. I tym przewrotnie optymistycznym akcentem...

2009-01-11

Niszowe przeglądarki dla zawansowanych

Czyli chrome z adblockiem. Myślicie, że coś takiego nie istnieje? A i owszem, do wczoraj ja też tak myślałam. Będąc szczęśliwą posiadaczką chrome 2.0 (ponoć niestabilnej,ale nie zauważyłam) myślałam, że już nic mnie nie spotka dobrego w tym miesiacu... aż tu jeden blipowicz ^korran mnie oświecił o istnieniu niemieckiej (ale po polsku) wygląda tak samo jak chrome 2.0, ma managera zakładek, ma autouzupełnianie pól itp.


Jak się wgra doń jeden pliczek, którym dysponuję - przegladarka blokuje reklamy... no prawie wszystkie. Testując na gazecie czasem mi wyskakuje białe okienko z iksikiem. Ale przynajmniej mi nie miga i nie ryczy.

Ave blip.

p.s. Ciekawe jak to się ma do odporności na hajerskie ataki, zapewne będę ich pierwszą ofiarą. Reszta rodziny bojkotuje moją ulubioną przeglądarce i siedzi na zamulajacym firefoxie.

2008-12-27

Autoinwigilacja w sieci

To nie jest tak, że ktoś nas szpieguje w sieci. 

Często sami wystawiamy się na odstrzał, świadomie (powiedzmy) i chętnie. Umieszczamy nasze zdjęcia na serwisach społecznościowych, chwalimy się swoim gustem muzycznym i opowiadamy co w danej chwili robimy... ale to nie wszystko. 

Możemy zainstalować na komputerze małego szpiega, który powie całej sieci jakich programów i serwisów używamy najczęściej. Tego szpiega instalujemy ze strony na wakoopa po dość szybkiej rejestracji (biedacy, chyba nie znają polskiego... a może znają?).  

Nazwa nazwą. Właściwie po co to? 

Można się dowedzieć wszystkiego o serwisie lub programie bez jego uprzedniej instalacji. No, może nie wszystkiego, ale z pewnością możemy skontaktować się z ludźmi, którzy używają jej na co dzień - a co za tym idzie, znają jej wady i zalety. 

Tylko dla geeków?

O stronie dowiedziałam się dzięki ^pece na vbeta.pl

Apdejt.
A! Byłabym zapomniała, oczywiście wakoopa tworzy widgety z rankingami naszyh serwisów i programów do wstawienia na blog i profili na popularnych serwisach społecznościowych.

2008-12-17

Mam dość medalika w reklamach!



















Zazwyczaj nie piszę nic o religii w mediach, bo to śliski temat i flame war wisi w powietrzu. Tu jednak postanowiłam dać upust swym emocjom, które od dawna wyrażam w komentarzach do rzeczywistości. Czy to na blogach, czy na blipie.

Chodzi rzecz jasna o Medalik z Matką Boską (chyba tylko istoty na stałe mające filtry z adblocka nie wiedzą o co chodzi), który wdziera się w moją internetową rzeczywistość bardziej niż okładka Playboja czy Machiny. Widać oba czasopisma tracą na popularności skoro muszą uderzać w religijne skojarzenia, by ktokolwiek je kupił. Dziś kobiety są bardziej wyzwolone, to i faceci nie muszą kupować Playboya by gołego cycka zobaczyć. Machina od początku była nudna, kupiłam chyba dwa numery tylko dlatego, że była jakaś dołączona płyta z filmem (reszta nie została zakupiona, pech że przeczytałam nagłówki na okładce). Z gatunku: "wstawiamy reklamy zamiast treści, może idiota czytelnik się nie połapie".

Moje uczucia religijne (tak, posiadam takowe nie będąc wszakże Katoliczką) są obrażane za każdym razem, gdy oglądam reklamę medalika z Matką Boską. Symbol jest szargany proszę państwa nie tylko na blogach, ale na wszelkich serwisach i portalach!
Dlaczego nikt o tym nie pisze? A no tak, bo to wymyślił Kościół Katolicki (skrót myślowy). Jemu wolno sprzedawać wizerunek Matki Boskiej jako szarlatański talizman. U kogoś innego to będzie oczywista profanacja. Czy ktoś mi może powiedzieć, kto stoi za kampanią reklamową tego produktu oraz kto jest ojcem tego genialnego "pomysłu" na naciąganie wiernych?

Który wizerunek Matki Boskiej jest bardziej obraźliwy? Stylizowana na Madonnę naga dziewczyna czy Madonna wepchnięta w obraz z Częstochowy?
Z tych dwóch żadna. Medalik bije je na głowę.


Mały Apdejt: Kościół odżegnuje się od tego haniebnego procederu, ale jakby cichaczem i bez polotu. Wszak on też sprzedaje medaliki :)

2008-11-30

Czy internet zastępuje Ci telewizję?

Bardzo lubię grać w warcaby. Kiedyś poświęcałam im dużo czasu. Często nie włączałam wtedy telewizora, byłam zbyt zajęta. Pytanie - czy warcaby zastępowały mi telewizję? Nie. Piątek z Pankracym, Teleranek, potem 5-10-15 oraz Sonda to były programy święte. A przecież podobnych było dużo więcej. Część leciała w trakcie lekcji (parę razy zwagarowałam by je obejrzeć). Telewizja zmuszała do myślenia, nawet w przypadku zwykłego programu rozrywkowego dla dzieci.

Dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim zaczęłam na stałe bywać w sieci. Moje początki to serfowanie w poszukiwaniu mniej lub bardziej konkretnych informacji i zdjęć. Z czasem zaczęły się pierwsze wirtualne przyjaźnie, niektóre z nich przetrwały do dziś. W szczątkowej formie, ale zawsze. Czy internet zastępował mi radio czy telewizję? A skąd. Było i radio, i telewizja, i internet, i gazety - wszędzie można było usłyszeć, obejrzeć lub przeczytać coś ciekawego.

Co się zmieniło? Dlaczego nie brakuje mi telewizji? Dlaczego częściej czytam gazetę (tygodnik/miesięcznik) niż słucham radia? Przecież mam je w komórce! A jednak... kombinuję jak podpiąć się z niej pod moją bibliotekę last.fm... ale chyba bez szybkiego internetu nie da rady. Może za rok pokombinujemy z bezprzewodowym internetem. By było jasne - radio dla mnie zawsze było muzyką. Programy polityczne i reportaże omijałam szerokim łukiem - od tego miałam telewizję. No właśnie. Miałam. Ale już nie mam.

Pewnie spory procent Polaków podczas zbliżających się Świąt po raz dziesiąty obejrzy ten sam film. Mnie się znudziło. Choć i tak powtórki są lepsze od nowych "pomysłów" speców od marketingu.

Nie, internet nie zastępuje mi telewizji. Jej już nie ma. Zostały tylko dżingle między reklamami...

2008-11-23

Automatyczny Odsiewacz Szmiry Internetowej

" W tym momencie słowa pana Hipoteusza przerwane zostały przez jakiś dziwny głos, dobiegający od strony telewizora. 
- Idzie fajny film! Nieźle się zapowiada - poinformował ów głos, po czym telewizor sam się włączył.
-To także mój wynalazek - wyjaśnił Grippa. - Automatyczny Odsiewacz Szmiry Telewizyjnej Grippy. Włącza odbiornik tylko wtedy, gdy jest coś godnego oglądania. I odwrotnie, wyłącza, gdy tylko nadają chałę.
-Czy to panu czasem nie przeszkadza? - zaryzykowałem pytanie. - Takie włączanie się telewizora ni z tego, ni z owego...
-O, ostatnio prawie wcale! Coraz rzadziej zdarza mu się włączać."***

Przydałby mi się taki wynalazek w sieci. O ile problem ze szmirą w telewizji rozwiązał się sam, z powodu przeniesienia nadajnika poza Warszawę i tym samym uniemożliwienia mi odbioru tejże - o tyle ze szmirą w internecie nadal mam problem.
Codziennie zalewa mnie morze feedów z czytnika rss, z których może jedna trzecia jest warta uwagi a ledwie kilka dziennie godnych polecenia. Niemniej dla nich właśnie warto te kilkaset blogów subskrybować (nie wszystkie aktualizowane są codziennie).

Dlaczego przydałby mi się Automatyzny Odsiewacz Szmiry Internetowej? Wydaje mi się, że jej ilość ustawicznie wzrasta. Nie lawinowo, jednak stale i bez nadziei na powrót do ładu i składu. Nie chodzi mi o kolejny agregat, gdzie wpis leci za wpisem - od tego mam czytnik rss. Nie chodzi o Wykop, bo najczęściej wykopują młodzi internauci - zatem golizna i tania sensacja na poziomie trzynastolatka zawsze będą na pierwszym miejscu. "Mój wykop" nic nie dał. Nadal ciekawsze rzeczy znajduję na wykopalisku, choć i tam muszę się przekopać przez góry guanna.
Czy ten serwis miałby być łebdwazerowy? Odpada z wyżej wymienionych przyczyn. To niby jak miałoby to działać? 

Przypuśćmy, że pierwsza faza rejestracji polegałaby na skopiowaniu (jakoś) bazy ulubionych/udostępionych feedów z czytnika, jutuby, flickrsa, last.fm, delicji itp. 
Następnie program analizowałby je pod kątem tagów i treści (w tym fotografii). W jakiś pokrętny i znany tylko sobie sposób wyłapałby jakiego rodzaju treści najczęściej użytkownik poleca/udostępnia/dodaje gwiazdkę/dodaje do ulubionych najczęściej. I tak powstałby unikalny profil ulubionych fraz, tematów, dźwięków i obrazów (może ulubiona kolorystyka wrzucana na profil w formie kolorowych kwadratów?).

W kolejnym etapie możnaby zastosować dwie funkcje.
- "Odsiewacz na śniadanko" czyli odfiltrowana zbitka informacji z własnych serwisów, zawierających najpopularniejsze tagi, podobne wpisy na blogach, informacje o koncertach naszych ulubionych zespołów czy wernisaże artystów (na przykład z pierwszej dziesiątki).
-"Odsiewacz - propozycje" czyli feedy proponowane z serwisów, których nie subskrybujemy/nie jesteśmy zapisani ale są podobnie otagowane/mają podobną treść (dla osób poszukujących nowych blogów/serwisów). Coś w rodzaju rozbudowanego del.icio.us, ale oparte głównie o rssy.

Taki mały pomysł na Startup.

Jednak jak stworzyć taki algorytm skanujący ilość słów, długość tekstu, wreszcie jakość filmów czy muzyki?

O, tu już trzeba geniusza równego Hipoteuszowi Grippie.


***- cytat z książki pt. Tajna Misja Hipoteusza Grippy i gadatliwego psa Artakserksesa Władysława Orłowskiego i Witolda Macieja Orłowskiego. KAW Łódź 1986

2008-11-11

Ekshibcjonizm czy zarobek?

Czasem człowiek musi sobie wyrobić pogląd na jakąś sprawę, by o niej napisać. A to wymaga czasu. Można pisać impulsywnie, a po jakimś czasie pisać o swym rozczarowaniu, pochopnym osądzie itp. Dlatego czasem wolę przystopować i poddać się ulubionemu zajęciu czyli obserwacji.

A w jakim temacie?

Konfliktu blogosfery z dziennikarstwem i branżą reklamową w tle. A dlaczego? Już na samym wstępie zaczyna się dyskusja na sposób wartościowania bloga. Jaki blog można uznać za popularny? Czy ten co ma dużo przypadkowych odsłon z wyszukiwarek czy raczej ten, pod którym w komentarzach toczy się zacięta dyskusja? A może ten, który pisze ogólnikowo o wszystkim i o niczym czy odwrotnie - ten co chwyta się niewygodnych tematów? Wreszcie jaki ten blog powinien być? Obiektywny czy subiektywny? Bo nagle się okazuje, że reklamodawcy nie pasuje nie tylko za mała ilość odsłon ale to, że bloger zamieszcza opis nie tylko zalet ale i tych nieszczęsnych wad produktu (mówię o wpisach na zamówienie).

A dlaczego akurat konflikt z dziennikarzami? Bo oni są już dawno kupieni. Nie piszą co myślą, ale to co zwiększy poczytność gazety. Nie liczy się jakość, ale pospolitość i sensacyjność artykułu*. A tu taki mały bloger, takie wielkie NIC, pisze, że go nie obchodzi zarabianie na blogu. Że oczywiście, zapomogą/sponsoringiem nie pogardzi, ale kłamać i przekręcać faktów nie będzie. No cóż za bezczelność, prawda?

Czasem na Goldenline  ktoś spyta jak zarobić na blogu, jak go „wylansować”. Sposobów jest wiele tylko... po chwili okazuje się, że pan/pani ma ambicje zarobić jak najmniejszym wysiłkiem. Chce zdobyć popularność pisząc jakiekolwiek bla bla. A tak się nie da. Blogi jak wiemy są różne i już od ich tematyki zależy czy będą dochodowe czy nie. Czasem nawet ich przesadna popularność szkodzi autorowi (patrz: problemy z hostingiem Tomka Topy ). To nie jest czasopismo, które ma czytać szeroko pojmowany masowy czytacz **.
Dziś, gdy kupuję gazetę wysypuje mi się z niej plik reklam. Ale to nie koniec. By dojść do artykułu muszę przekartkować kolejne reklamy. Bo druk gazety kosztuje. Bo pensja dziennikarza jest niemała. A przecież kupując gazetę nie pokrywam nawet kosztów jej wydrukowania. Bo papier jest drogi a inflacja znów skoczyła do góry. Skoro jednak jest tam tyle reklam to gdzie u diaska podziała się treść? Tam, gdzieś pomiędzy, mimochodem, a i tak pod koniec okazuje się, że za napisanie artykułu zapłaciła jakaś firma. Czy można wątpić w bezstronność tego artykułu? Niby nie, w końcu dziennikarz to rzetelny i bezstronny obserwator***... a jednak... mam to samo, gdy czytam „wpis sponsorowany” na blogu. Jeśli nie ma tam jednego „ale” to nie traktuję czytanych słów poważnie. Jest tylko jedna mała różnica. Za czytanie wpisu na blogu nie muszę nikomu płacić...

Acha no tak. Przecież blogi piszą ekshibicjoniści (tu mały link  do wątku w tym temacie na psychika.net,czyli jak łatwo można się pomylić oceniajac jakość blogosfery). Przecież to są subiektywne pamiętniki przypadkowych ludzi. Tak myśli o blogerach wiele nieznających specyfiki blogosfery osób.

Dla branży reklamowej blog jest jak kolejna wirtualna przestrzeń reklamowa.
Dla dziennikarzy to amatorszczyzna.
Dla zwykłych ludzi... to coraz popularniejsze miejsce do poznawania świata....

Czyżby dlatego, że jest na nim mało reklam? Czy dlatego, że można na nim przeczytać coś ciekawego pomimo tego, że są na nim reklamy?

Czasem boję się, że reklama zabije blogi tak jak zabiła prasę, radio i telewizję. Ale ciągle jeszcze mam nadzieję, że chciwość nie wygra z rzetelnością. I tym optymistycznym akcentem, pozwolicie państwo wycofam się na z góry upatrzoną pozycję... obserwatora ;)


*artykuł: to takie samo coś jak notka czy wpis na blogu tylko dłuższe, nieobiektywne, stronnicze i ocenzurowane ;)

**czytacz: odpowiednik bezmyślego masowego klikacza w reklamy na onecie/gazecie/interii/wirtualnej polsce

***oczywiście wg dziennikarza

2008-10-22

Co z Tobą zrobił internet?

Moje życie można podzielić z grubsza na dwa etapy. Przedinternetowy i internetowy. Kiedyś myślałam, że wyraźniejszy podział będzie na granicy matury i studiów ale jednak nie. Wyraźną granicę w moim życiu wyznaczyła technologia... ale nie tylko.
Jako urodzonemu odludkowi sporo czasu zajmowało mi czytanie. Może nie tyle ksiażek, co gazet codziennych i czasopism popularnonaukowych. Do tego ślęczałam przed telewizorem i godzinami słuchałam radia. Czasem wszystkie trzy rzeczy jednocześnie. Byłam głodna informacji, wiedzy, czegokolwiek co zabije nudę. Było to jednak bardzo bierne. Nie miałam się z kim podzielić wątpliwościami, podyskutować. Jak coś nie działało na komputerze, szło się do sąsiada... ale sąsiad nie zawsze wiedział. Kombinowanie trwało dużo dłuzej niż teraz.

Dlaczego?

Dziś jestem internautką. Co to oznacza? Mniej więcej tyle, że świadomie dzielę się swoją wiedzą oraz zdobywam ją dzięki innym ludziom. Nie progamy telewizyjne, nie audycje, nie artykły w prasie są dla mnie źródłem wiedzy o świecie. Dziś czerpię ją bezpośrednio od ludzi, którym bardziej ufam. Pradopodobnie dlatego, że w większości przypadków nie dostają za to pieniędzy. Bezinteresowaność internauty jest bardzo ważna. Nie wypada zarabiać na blogu, można mieć co najwyżej sponsora (z przychodów opłaca sę serwer itp).
Pierwszy kontakt ze społecznością internetową zawarłam jak większość początkujacych - na forach. Do internetu miałam dostęp tylko na uczelni, czasem oczekujac na załadowanie się strony czytało się czyjaś dyskusję. Człowiek cieszył się jak dziecko, gdy na swój post otrzymał odpowiedź. Dziś jest to tak naturalne, że nawet nikt się nad tym nie zastanawia. Ale jeszcze dziesięć lat temu to było coś. Zadaję pytanie... i ktoś obcy, drugiego końca Polski mi na nie odpowiada.

Strasznie mi się to spodobało.

Obserwując rozwój internetu zauważyłam, że znosi go właśnie w tym kierunku. Serwisy pomagają. Czasem znaleźć znajomych. Czasem znaleźć drugą połowę. Zorganizować pliki w galeriach, dokumenty w szufladzie, wreszcie pokazać się światu (strony domowe, profile na serwisach społecznościowych itd.).

Pomoc.

Podanie sobie wirtualnej ręki, wirtualnego narzędzia... zbliżyło net do realu. Teraz są tuż tuż obok siebie, nawet się przenikają.

Jak na mnie wpłynęło życie w internecie? Jestem zdecydowanie bardziej tolerancyjna niż kiedyś i dużo łatwej nawiązuję kontakty z innymi ludźmi. Jestem też mniej skryta, można powiedzieć że z zahukanej introwertyczki net zmienił mnie w przyzwoitą sangwiniczkę. A może zawsze taka byłam, tylko moje pozytywne cechy nie mały gruntu by się rozwijać?

Nie wiem.

Ale liczę w komentarzach na wasze opowieści :)

2008-09-25

Czyżby google skończyły się pomysły?

Cytując za blogiem gugli

"Przez ostatnie dziesięć lat nauczyliśmy się w Google, że praktycznie wszystko może być inspiracją dla dobrych pomysłów. Dlatego z okazji obchodów dziesiątych urodzin Google ogłasza uruchomienie „Projektu 10^100” (czyt. „dziesięć do potęgi setnej”), zapraszając wszystkich do zgłaszania pomysłów, które mogą zmienić świat pomagając jak największej liczbie ludzi."

Z tego co zdazyłam zrozumieć konkurs jest otwarty dla każdego, kto ma głowę pełną pomysłów i tak zwaną chęć. Czy oznacza to,że google skończyły się pomysły i szuka natchnienia w umysłach internautów? A może po prostu chce dać szansę niedocenianym internetowym wynalazcom, których pomysły giną w morzu startupów? 

Gra jest warta świeczki bowiem do zgarnięcia jest 10 milionów dolarów, oczywicie nie do kieszeni ale na realizację pieciu wygranych projektów. Co ciekawe po wstępnej reselekcji internauci będą głosować na wybrane 100 projektów z czego 20 przejdzie do etapu gdzie szanowne jury wybierze  owe 5. 

Tak oto ciocia google świętuje dziesiąte urodziny. Powodzenia!

2008-09-14

Człowiek odcięty od mediów...

...czy nie wydaje się wam to najgorszym z koszmarów? Telewizja nie działa, radio szumi, internet nie wchodzi nawet w wyszukiwarkę... na dodatek komórka zachowuje się jakbyście jechali w tunelu metra... 

Kim jest dziś człowiek bez źródeł informacji o świecie? Do napisania tego postu zainspirowała mnie dziewczyna pytajaca forum gazety o odbiór przez społęczeństwo związku z Arabem. Podczas toczącej się dyszkusji napisała, że nie czyta gazet, nie ogląda telewizji, nie słucha radia... czy naprawdę istnieją ludzie tak odcięci od świata? Dziś w erze technologii i postępu? Co ciekawe osoba ta rzeczywiście zachowywała się tak, jakby nie miała pojęcia o kulturze arabskiej... a wystarczyłoby wpisać frazę w guglach... cud, że się do internetu jakimś cudem podpieła (pewnie myśląc, że nie używa internet exploreta tylko onetu). 

Źródłem pierwszej wiedzy o życiu są nasi rodzice. Potem dochodzi dalsza rodzina i znajomi, wreszcie rówieśnicy. W międzyczasie dochodzą źródła nieożywione ksiażki, prasa, telewizja, radio, internet... zewsząd mówią do nas co mamy myśleć i jak czuć. Wydawało by się, że człowiek ma swój rozum i zdolny jest do samodzielnego ferowania wyroków i odróżniania dobra od zła... jak widać na załączonym wcześniej przykłądzie wielu ludzi tego nie potrafi i swoje życiowe decyzje uzależnia od grupy nieznajomych użytkowników jakiegoś forum. Przerażąjace? Nie, taka jest nasza dzisiejsza rzeczywistość. Spora część ludzi na tyle wcześnie odcina się od rodziny, albo rodzina nie jest na tyle wydajna by go czegokolwiek nauczyć poza obsługą bankoamatu... że niedoświadczona, niedojrzała istota musi radzić sobie sama. A jak sobi radzi widać to na Fotce, to na Gronie, to na Naszej-klasie. 

Weźmy jeszcze ten nieszczęsny przypadek ze zdjeciem w piecu krematoryjnym... łatwo powiedzieć "głupia dziewczyna". Mnie zastanawia co innego. Przecież ona nie była tam sama. Wycieczka za pewne była spora i miałą przewodnika. Co zrobił przewodnik? Co zrobiło otoczenie? Czuję, że nie była jedyną która robiła sobie zdjęcie w tym piecu... dziś media robią raban z tego powodu. A ja myślę, że to jest płacz nad rozlanym mlekiem. Tak to już jest, łatwo napisać krytyczny artykuł, łatwo psy i koty wieszać na innych ludziach, wykorzystujac ich błędy i słabości.

Sprzedaje się, więc jest dobre. Oto motto świata informacji.

Z jednej strony żyjemy w czasach gdy informacja, wiedza, technologia są na wyciagnięcie ręki. Ale czy aby potrafimy z niej właściwie korzystać? Cała masa ludzi pomimo iluśtam lat w szkole, pomimo otaczającej zewsząd cywilizacji nadal pozostała bezmyślnymi dzikusami, jakby media w ogóle nie istniały.

Co robić papciu Smerfie?

2008-09-10

Czy rss zabija komentarze?

Mnogość blogów i zawodność pamięci sprawiła, że jakiś czas temu rozpoczęłam korzystanie z czytnika rss. Długo byłam zielona w tym względzie, zaczęłam od google readera, przeszłam na feedreadera, ale ten zamulał mi komputer więc znów wróciłam do GR. Obecnie mam ponad 180 kanałów rss, w tym wiele blogopodobnych serwisów gadżetowych i popularnonaukowych, nadal jednak nie typowych informacyjnych, typu gazeta czy onet na przykład. Dziennie daje to ok. 100 feedów do szczytania... czyli jakąś godzinę w sieci, albo półtorej. 
I tu pojawił się pierwszy problem. Czasochłonność. Tylko 50% wydaje się wartościowych, resztę przerzucam jak leci, nie zawsze mnie interesują. To oznacza pół godziny zmarnowane. 

Ale to jeszcze nic.

Kiedyś moja obecnosć na blogach nie ograniczała się do ich czytania lub oglądania, zawsze starałam się dodać komentarz, czasem tylko po to by istota pisząca wiedziała że jestem i oglądam. System awatarów Mybloglog uprościł tę sprawę, nie muszę pisać komentarza, po prostu widać, że byłam. Niemniej i tak komentarzy dziennie zostawiałam kilkadziesią z pewnością. Odkąd mam czytnik liczba ta drastycznie zmalała. Dlaczego? 

Ano przez ten magiczny jeden klik więcej.

Tylko tyle trzeba by dostać się do wpisu i aż tyle, że nie zawsze mam ochotę to zrobić, zwłaszcza gdy przede mna jeszcze kilkadziesiąt innych wpisów do przejrzenia. Omijam tedy sporo blogów nadal je oglądając.... Niejeden raz ze szkodą dla blogera, wiemy że komentarze motywują do dalszego prowadzenia bloga i to żeby nie wiem jak bloger zarzekał sie, że go nie motywują. Z drugiej jednak strony moje komentarze są bardziej przemyślane, rzadsze ale za to dłuższe i bardziej na temat. Coś za coś, jednak w liczbie jest ich drastycznie mniej.

Czasem żałuję, że nie można dodać koemntarza do blogu z poziomu czytnika, być może da radę jakoś to obejść, niestety nic mi na ten temat nie wiadomo.

Czytnik niewątpliwie ułatwia mi życie, pamięta za mnie blogi i sprawdza gdzie dodano wpis. Nie marnuję zatem czasu na przeglądaniu bloów, na których nic nie dodano. Zatem stracony czas na ich przeglądanie jest zrównoważony przez zmniejszenie potencjalnych strat czasu straty w przypadku nieużywania czytnika. To nie oznacza jesnak, że nic się nie dzieje. Nie raz słyszę skomlenie na blipie o iluśtam tysiącach nie przeczytanych feedów. Wystarczy wyjechać na urlop czy zachorować i z kilkudziesięciu wpisów trzeba przejrzeć kilkaset, a przecież wciąż napływaja nowe.  Spokojnie można to nazwać pułapką rss. Zbyt wiele jest warościowych blogów w sieci, zbyt wiele by je czytać na bieżąco... i tym bardziej komentować. Człowiek musiałby nie odchodzić od komputera.

Dlatego pomału zabieram się do gruntownych porządków w moim czytniku. Z przykrością stwiedzam, że niektóre blogi znikną i będę na nie wpadać tylko z zakładek, raz na jakiś czas. Ale z pewnoscią nie codziennie.

Inna sprawa, że rss'y są nie tylko na blogach, sporo jest ich w serwisach informacyjnych, galeriach, wykopie, blipie itp. Chwilowo nie mam w czytniku żadnego z nich, nie wykluczam jednak ich pojawienia się w przyszłości. To z pewnoscią dobry patent, lepszy od newslettera, na dotarcie do większej liczby odbiorców. Tworzy on pewną stałą relację między czytajacym a serwisem. Łatwo jest rss dodać, trudniej skasować. A informacje przychodzą. 

To oznacza że nieprędko o rss'ach zapomnimy.

2008-09-09

Zabawa - Frazy...

Trzeba przyznać, że google lubi płatać figle i kierować biednych spragnionych wiedzy internautów na... blogi. Przyłączam się do zabawy.
Zaczynam od śmieszniejszych wpisów
3.Froasia - wpis z przeszłości...
4.Fanatyk
Mła. Z lav-netu fraz nie śledzę regularnie, ale za to na warszavce... niesamowite czego ludzie nie wpiszą w wyszukiwarkę...
Oto co ciekawsze...
Przyłapałem kuzynkę (hm, ciekawe na czym?)
Brykanie (To to od Tygryska?)
Bujka bajka i brawurka z atomówek (To atomówki się tak nazywają? Acha. To teraz juz wiem!)
Bez jacka słodki całus od tak (Pozdrawiamy "jacka" kimkolwiek/czymkolwiek jest)
Dlaczego byki mają kółka w nosie (Bez bicia się przyznaję, faktycznie gadaliśmy o tym w komentarzach :) )
Koperek nie chce mi rosnąć (No jak mi przykro...)
Zaginiony w akcji 4 (No na pewno nie na Warszavce, pfff)
Blog o mandarynkach (Warszavka? O mandarynkach? A... może na święta coś pisałam....)
Wymarły przeżuwacz (No tu akurat w głowę się drapię, jak gugle pod tym hasłem zaindeksowały mój blog... i to aż 4 wejscia)
Co można robić na balkonie (Tu akurat na blogu można si co nieco dowiedzieć, ale nie wiem czy o to chodziło poszukującemu ;) )
Chwilowo koniec, ale pewno będzie więcej.
Apdejt:
Z lavnetu:
Wirtualna Prostytucja (To nie u mnie)

Dlaczego młodzież spędza tyle czasu przed komputerem (Za pewne z powou Wirtualnej prostytucji)
Nie działa net w kablówce jak podzielić (Na szczęcie mam Neostradę)
Z Makroteki:
Świnia w sieci (znam niejedną, mogę podać w mejlu)
Polecam tag #frazy na blipie, wrzucam na bieżąco. Ale mam grzecny fotoblog, co? Żadnych sprośności (no, chyba że ta kuzynka... ) :)

2008-09-03

Rewolucja w internecie - jej imię: Chrome

Wczorajszy dzień zapisze się w historii pod mianem najmłodszego dziecka google – przeglądarki internetowej chrome. Czy to pozwoli przełamać niemalże monopol Internet Explorera? Czy może wykończy firefoxa? W końcu trójka nie okazała się takim fenomenem jak sądzono... do tej pory nie wszystkie dodatki działają – stąd opóźnienie w masowym przeskoku z 2 na 3.
A teraz będą wyniki testów.
Jeśli chodzi o prędkość to serfujący po dużej ilości nowych stron będą zawiedzeni. Prędkość jest porównywalna do IE8, ciut wolniejsza niż FF2. Za to sytuacja diametralnie zmienia się przy ponownym odwiedzeniu ulubionych stron. Ładują się błyskawicznie, nawet na mojej Neo 512. Niestety nowa przeglądarka ma problem z przezroczystością. Brzegi przezroczystych czcionek nie są wygładzone, ale jakby wydrapane. Miejmy nadzieję, że w przyszłości  zostanie to dopracowane.
Druga sprawa – import zakładek. Masakryczny. Importuje je alfabetycznie! Nosz... kur.... (c.d. przekleństwa ocenzurowano). Na szczęście jest pasek górny, gdzie daje radę bardzo łatwo metodą "złap i przesuń" przenieść te najpopularniejsze. Zaletą jest też oszczędność miejsca, zakładki otwierają się na górze. Przeszkadza tylko mocny niebieski kolor, prosi się o srebrną lub czarną skórkę (oj, już widzę kolejny serwis google typu: stwórz swoją skórkę i podziel się z innymi).
Przy testowaniu (no tak, jak zwykle beta) jest opcja inwigilacyjna, ale można ją też wyłączyć. Jako że jestem inwigilowana w poczcie, nie mam oporów przed śledzeniem moich poczynań w necie. Jestem grzeczną dziewczynką. Zdaję sobie jednak sprawę, że w dzisiejszych czasach to rzadkość.
Od czasu do czasu mam też problem z alt+s, na gmailu włącza mi się opcja zapisz, zamiast "ś". Co wkurza.
Przy okazji "ulepszono" mi picasę, niekoniecznie tam gdzie chciałam. Na pewno fajnie, że ma główną stronę i można oglądać pokaz slajdów z wybranym tagiem, ale kto mi odda link do miniaturek albumów, które wrzucałam sobie na blog? No kto?

Wracając do tematu: przeglądarka robi dobre wrażenie, miejmy nadzieję że lepsze nie stanie się wrogiem dobrego. Nie ma wątpliwości. W świecie przeglądarek coś drgnęło.

2008-08-31

Blog Day 2008 - Fristajl

Nie podobał mi się Blog Day zeszłoroczny i syndrom łańcuszka. Sam pomysł obchodzenia Dnia Blogera - już o niebo bardziej. Zatem postanowiłam zaszczepić fristajlowe zasady GTWB na grunt ogólnoświatowy i opisać blogi naukowo podobne z mojego czytnika rss. Dlaczego akurat te? Ponieważ nie czuję się z nimi emocjonalnie związana, a jednak w miły dla mnie sposób poszerzają moją wiedzę. Będzie ich siedem nie pięć. Nie mogąc wybrać pięciu nie wybrałam. Rezygnuję także z powiadamiania pięciu osób kończąc ogniwo łańcuszek na jednym oczku. Z góry przepraszam wszelkich innych blogerów, którzy nie znaleźli się w zestawieniu. Jest ich zbyt wielu, dlatego ograniczyłam się do wąskiej kategorii, chyba mniej znanej w sieci.

Nie przedłużając oto szczęśliwa siódemka (alfabetycznie).

1. Archeowieści
Nowości, plotki i inne zdobycze archeologii w przystępnej formie dla laika. Tak przedstawianą historię aż chce się poznawać. Myślę, że każdy kojarzy ten blog. Ma te swoją kopię na bloxie.

2. Ekoblogia
Blog a może serwis poświęcony ekologicznym nowinkom i gadżetom. Niby zielony, ale z przymrużeniem oka. Często zamieszcza też "przedruki" z zagranicznych serwisów. O tyle wygodne dla mnie, że moja znajomość języków obcych jest gorzej niż żadna.

3. Będąc młodym fizykiem...
Dyskusja otwarta ze światem nauki. w podpisie widnieje: " Nonsensy z nauki polskiej i zagranicznej". I tym jest istocie. Można współpracować.

4. Mikroby
Czyli co piszczy w świecie bakcyli i zarazów.

5. Neurotyk
Ciekawie opisane zjawiska z człowiekiem w tle. Dobrze się czyta, gorzej opisuje o czym jest :)

6. O obrotach sfer niebieskich
Trochę astronomii, dla zaawansowanych. Za to są piękne zdjęcia galaktyk.

7. Psychika
Niedawno odkryty blog o schorzeniach psychicznych i nie tylko, opisanych w przystępny dla szaraka sposób. Jeśli jesteś uprzedzony(a) do wszelkich zboczeń i wariactw - to dobre miejsce by się z owych oporów wyleczyć.


Ups - miałam dodać link do Blogdeja. Łoto łon:



Blogday

2008-08-26

Potencjał klikania

Od pewnego czasu nurtuje mnie pewien problem, otóż wartościowanie internauty liczone liczbą jego kliknięć. Mianem najpopularniejszej, a zatem najczęściej klikanej strony szczycą się portale czy wyszukiwarki. Czy na pewno jest się z czego cieszyć? Nie od dziś wiadomo jaką frazę najczęściej wpisuje się w polu "szukaj". Klikanie przelicza się też na konkretne pieniądze w przypadku reklam. Im więcej osób kliknęło w baner, tym więcej otrzyma ten na czyim podwórku została zamieszczona. Co prawda pojawia się tu jeszcze słynny współczynnik odrzuceń, ale przy masowym klikaniu nie jest on już tak istotny (a może nadal jest, kto to wie?).

Nie jestem pewna czy net zmierza we właściwą stronę. Jak wiemy internautę można oszukać, wpisując hasło często niezwiązane z reklamowaną stroną, a kliknięcie zostaje policzone. Przez ostatnie lata niewiele się zmieniło pod tym względem. Reklamy atakują nas już wszędzie, w telewizji w trakcie filmów, w kinie, w internecie, w gazetach są ich całe płachty. Czasem żałuję, że nie mogę sobie w prasie włączyć adblocka. Niby tu człowiek nie ma problemu z wyskakującymi okienkami jednak dopychanie się do treści przez sterty luzem wrzuconych reklamówek to nie to co lavinki lubią najbardziej.

Trochę zboczyłam z tematu, a więc wracam do niego w podskokach. Klikanie. Czy jest miarodajne? Czy na pewno najpopularniejsze serwisy są takie świetne? Czy może to internauci niespecjalnie się zastanawiają w co klikają, lecąc na oślep od strony do strony? Kiedyś nazywało się to serfowaniem. Dziś mało kto używa tego pojęcia, dziś się nie serfuje, dziś się klika.

Po co klikasz Ty?

2008-07-29

Mybloglog! Zmiana interfejsu....

Musiałam to napisać. Weszłam tuż przed odejściem od komputera po północy na Mybloglog... i zdziwiło mnie, dlaczego "recent readers" są z boku a nie na dole? Coś nie tak z Firefoxem? Zrolowałam w górę i w dół i mnie tknęło... cieniowane tło!

Tak!

Nareszcie po przejęciu MBL przez Yahoo, serwis zmienił grafikę. Kosmetykę przeszły co prawda głównie strony społecznościowe, ale to dobry krok w stronę ogarnięcia chaosu, który wprowadziły feedy aktywności znajomych. To znaczy kosmetyka jest głównie graficzna, ale teraz o niebo łatwiej na te strony trafić niż wcześniej. Zmianie uległa też pozycja ostatnio odwiedzających nasz profil, jest teraz w wygodniejszym miejscu.

Żywię głęboka nadzieję, że feedy kiedyś będzie można bardziej uporządkować, tagować, oceniać itp. Takie flakerowe zagrywki :)